Stan pacjenta z chwili na chwilę się pogarszał. Lekarze jednak nic sobie z tego nie robili

Od dawna słyszy się już, że warunki panujące w polskich szpitalach nie rozpieszczają. Niekiedy dochodzi do tego jeszcze nieprofesjonalne podejście personelu medycznego, które pozostawia wiele do życzenia. O ile jednak na samo zachowanie lekarzy można przymknąć jeszcze oko, sytuacja ulega diametralnej zmianie, kiedy w grę wchodzi życie pacjenta. Tutaj na lekceważenie i pobłażliwe podejście nie ma już miejsca. Niestety, nie zawsze ma to odzwierciedlenie w rzeczywistości.

Historia, która ma być przestrogą dla innych

Historią Krzysztofa, którego nie ma dzisiaj już wśród nas, podzieliła się na swoim Facebooku pani Anna. Wierzy, że w ten sposób uda jej się ostrzec innych. Kto wie, być może dzięki temu uratuje życie drugiej osobie, bo na uratowanie życia jej szwagra jest już za późno.

Zator zagrażał życiu mężczyzny. Mimo to musiał czekać w kolejce ponad 4 godziny

Sytuacja miała miejsce na izbie przyjęć szpitala Zegadłowicza w Sosnowcu, gdzie z opuchniętą i siną nogą trafił w poniedziałek rano Krzysztof, szwagier pani Ani. Na miejsce zawiózł go mąż kobiety. Wcześniej lekarz rodzinny oznajmił, że przyczyną problemu są puchnące naczynia i zator, który zagrażał życiu mężczyzny, co było napisane na skierowaniu. Personel szpitala zlekceważył jednak tę informację i w konsekwencji przydzielił pacjentowi kolor zielony, co wiązało się z czekaniem w kolejce ponad 4 godziny.

Z nogi cały czas sączył się płyn z krwią. To, co widać na zdjęciu, powstało w ciągu zaledwie 15 minut. Takich śladów płynu pozostawił po sobie mnóstwo na całej izbie, w windzie, toalecie… Nikogo to nie zainteresowało…

W tym czasie Krzysztof tracił głos, bełkotał, kiedy podniósł się z wózka, natychmiast tracił równowagę, był roztrzęsiony. Rano rozmawiał i zachowywał się normalnie. Kiedy mąż mówił o tych objawach napotkanym na izbie lekarzom, został zignorowany. Nawet nie zmierzono poziomu glukozy zwykłym glukometrem. Krzysztof był zdrowy. Pomagał innym, przez lata honorowo oddawał krew, był zawsze przy tym badany

Mąż prosił mijających Krzysztofa lekarzy aby zrobili mu podstawowe badania krwi. Bez rezultatu Bardzo cierpiącemu szwagrowi pobrano krew do badania dopiero po 4 godzinach.

W tym czasie na izbie nie było dużo osób oczekujących. Po godzinie 13 raptem 3-4 osoby. Lekarze przechodzili często. Pomimo próśb żaden z nich nie zajął się profesjonalnie męczącym się szwagrem. Tylko zdawkowe pytania, boli? Jak się pan czuje? Jedyną osobą, która zajmowała się Krzysztofem, była pani sprzątająca, która co 15 minut wymieniała ręczniki spod nogi. Jak powiedziała następnego dnia jedna z pielęgniarek, jak pracuje już ponad 20 lat, takiej nogi jeszcze nie widziała. O powadze sytuacji niech świadczy fakt że inni, obcy ludzie reagowali na to co się dzieje. Mówili, że jest z nim coraz gorzej.

W tym czasie stan szwagra się strasznie pogarszał. Tracił krew. Noga była w stanie katastrofalnym. Była godzina 16. O godzinie 17.20, czyli po siedmiu godzinach na izbie, na leżance został podpięty pod ciśnieniomierz – 66/46 to stan zapaści. Obecna już wtedy mama Krzyśka prosiła pielęgniarki o pomoc. Krzysztof powoli tracił życie


Stan pacjenta z chwili na chwilę się pogarszał. Lekarze jednak nic sobie z tego nie robili
UdostępnijSosnowiecki Szpital Miejski Sp. z oo

O 19.20 do szwagra została skierowana pani psychiatra bądź psycholog (sic!) stwierdziła, że potrzebna jest natychmiastowa pomoc lekarska. W tym czasie Krzysiu zwymiotował i stracił przytomność. Był kilkakrotnie reanimowany. Po 21 została wezwana karetka by przewieźć go do Chorzowa. Nie zdążył tam pojechać. Zmarł na izbie przyjęć około 22.00

To co spotkało mojego szwagra na izbie przyjęć tego szpitala to dramat. Na pomoc czekał od 10.30. W tym czasie mijany był przez lekarzy. Część z nich kątem oka zerkała na nogę Krzyśka. Widzieli jej stan, plamy na podłodze. Nie było reakcji, nie otrzymał pomocy takiej jak powinien. Czekał na nią 9 godzin. Zmarł na izbie przyjęć w męczarniach

Stan pacjenta z chwili na chwilę się pogarszał. Lekarze jednak nic sobie z tego nie robili
UdostępnijTargeo

Bez względu na przyczynę śmierci, szwagier nie powinien w taki sposób umierać, w miejscu zaufania jakim jest szpital, bez pomocy i nadzoru. Jak nas poinformowano okolicznościami śmierci zajmuje się prok. Sosnowiec Południe

Jednego jesteśmy pewni, Krzysztof zmarł przez niechlujstwo i straszne zaniedbania personelu tego szpitala. Nie znamy w tej chwili bezpośredniej przyczyny śmierci, mimo wszystko, jaka by nie była, nie otrzymał na czas pomocy. Czekał na nią bardzo długo. Za długo

Niech puentą tego opisu będą słowa jednego z ordynatorów szpitala, z którym rozmawialiśmy następnego dnia: „Znam sytuację. O jedno co mogę mieć pretensje do moich kolegów to, że nie zareagowali tak jak trzeba. Mnie profesorowie uczyli czegoś innego. Oni to zaniedbali”

Krzysztof miał 39 lat

Kobieta prosi o udostępnianie jej wpisu

Wierzy, że tylko w ten sposób można zapobiec podobnym sytuacjom. Sytuacjom, które nigdy i nigdzie nie powinny mieć miejsca, a już na pewno nie w przypadku, kiedy chodzi o życie umierającego człowieka.

Źródło: facebook.com | Fotografie: facebook.com