Kategorie DrastyczneNewsyPolska

Skandal w szpitalu psychiatrycznym! Pacjenci byli wiązani i poddawani karnym lewatywom…

Od ujawnienia szokujących praktyk, stosowanych w Szpitalu dla Nerwowo i Psychicznie Chorych w Starogardzie Gdańskim minęło już 11 lat, Ofiary do tej pory nie doczekały się sprawiedliwości. Piekło na oddziale psychiatrii sądowej przeżyły co najmniej 42 osoby.

To miał być zwykły odwyk…

Jedną z ofiar szpitala jest Norbert. Kiedy trafił na oddział psychiatrii sądowej o wzmocnionym zabezpieczeniu dla nieletnich, miał zaledwie 16 lat. O skierowanie zabiegali rodzice, zaniepokojeni jego rosnącym pociągiem do alkoholu. Akurat była zima, panował siarczysty mróz, a Norbertowi coraz częściej zdarzało się upijać w plenerze i zasypiać na śniegu. Rodzice bali się, że pewnej nocy zamarznie na śmierć.

Oferta placówki w Stargardzie Gdańskim była dla nich atrakcyjna, bo zapewniała zwyczajny odwyk w ramach ubezpieczenia zdrowotnego. Po jakimś czasie tknęło ich, że jest jednak coś podejrzanego w tym, że mogą widywać syna tylko raz w miesiącu przez 15 minut, pod czujnym okiem personelu.

Wspomnienie dramatu

Jak z perspektywy czasu wspomina Norbert, chodziło o ukrycie szokujących praktyk, które w szpitalu były na porządku dziennym. Wśród personelu panowała zmowa milczenia i wszystkim pracownikom zależało na tym, by nikt z zewnątrz nie zorientował się, że prawa pacjenta są permanentnie łamane.

Kolega z pokoju podczas spaceru po korytarzu machał rękami i zauważyła to ordynator. Związali mu ręce na tydzień, żeby się nauczył chodzić jak człowiek.

Jak ordynator weszła na oddział i któryś z pacjentów nie zdążył otworzyć jej drzwi, to dostawał karę za to, że przed kobietą nie otworzył drzwi. To było przykładowo pięć godzin stania, albo zastrzyki z soli fizjologicznej. Jeżeli zastrzyków otrzymywało się kilkadziesiąt czy kilkaset, to było to bolesne, bo wszystko było opuchnięte, fioletowe, pojawiały się skrzepy. Jak nie było gdzie kłuć na pośladkach, to kłuli pod nogami. Rodzice odwiedzali mnie raz w miesiącu na 15 minut, to był maksymalny czas, kiedy można było się spotkać. Odbywało się to pod nadzorem kamery i personelu.

Szokujące praktyki

Zaniepokojeni rodzice Norberta złożyli w sądzie wniosek o zmianę ośrodka terapeutycznego. Jednak w obawie o to, że syn może zostać poddany szykanom, nie ujawnili, czego dowiedzieli się o szpitalu w Starogardzie. Sąd uznał wniosek za bezpodstawny i odrzucił go. Tymczasem ordynator i personel oddziału dla nieletnich wyraźnie się rozkręcali.

Podczas odwiedzin któryś z rodziców przekazał pacjentowi paczkę papierosów i zapalniczkę. Papierosy zostały skonfiskowane, a zapalniczka przez któregoś z pacjentów została wyrzucona przez okno. Pani ordynator wpadła na pomysł, że trzeba koniecznie znaleźć zapalniczkę, bo może dalej znajdować się na oddziale. Jako jedną z form kary wszyscy chłopcy, którzy tam byli, mieli zrobione lewatywy w celu znalezienia zapalniczki. Pacjenci, którzy się buntowali, byli doprowadzani przez salowych na siłę. Wykręcano im ręce, doprowadzano do pomieszczenia, gdzie ordynator stała w rękawiczkach i wykonywała „badanie”.

Coraz więcej zaczęli też zauważać rodzice nastolatka. Z czasem zrozumieli, że praktyki stosowane w szpitalu nie mają wiele wspólnego z terapią. Jak wspomina mama Norberta:

Widziałam dzieci, które stoją pod ścianą, zastraszone. Część z nich była ubrana w normalne ubrania, część była w starych kalesonach. Zdarzały się dzieci, które miały jakieś tabliczki z napisami. Już teraz nie pamiętam treści, ale to było coś w stylu „kłamca”, „złodziej”. To były dzieci, które potrzebowały pomocy, potrzebowały zrozumienia. Słyszałam o dziewczynie, która praktycznie przez cały czas, kiedy był tam mój syn, znajdowała się w izolatce.

Ekstremalna przemoc

Sytuację dziewczyny, przetrzymywanej miesiącami w izolatce, wyjaśnia Norbert:

Ona była uderzona. Pielęgniarz poszedł wyłączyć wszystkie kamery, wszedł na oddział, pociągnął ją za włosy, ona upadła na ziemię, a on ją kopnął. Przez cały korytarz ciągnął ją za włosy do izolatki. To około 70 metrów. W izolatce została przypięta pasami, w formie krzyża. Założył jej chustę na twarz, żeby nic nie widziała. Tak leżała przez parę dni.

W izolatce spędziła około pięciu miesięcy. Była wypuszczana raz na dwa dni, po to, żeby posprzątała po sobie odchody, które zrobiła w łóżku. Najgorsze były sytuacje, kiedy miała okres. Proszę sobie wyobrazić, jaki jest przez to zapach na oddziale. Miała odleżyny, odparzenia od moczu, kału, okresu.

Prokuratorskie śledztwo

Po kilku miesiącach rodzicom Norberta udało się uratować syna ze szpitala. O sprawie został powiadomiony rzecznik praw dziecka. Szpital podjął decyzję o zwolnieniu dyscyplinarnym ordynatorki, ta jedna odwołała się do sądu pracy i skończyło się porozumieniem stron. Rozpoczęło się prokuratorskie śledztwo.

Poszkodowane są 42 osoby. Przesłuchania pokrzywdzonych, ich opiekunów prawnych, opinie biegłych psychologów, biegłych z zakładu medycyny sądowej dały podstawę do sformułowania zarzutów wobec trzech osób. To były tylko i wyłącznie zarzuty dotyczące znęcania psychicznego i fizycznego. Chodzi o podejmowanie bezpodstawnych decyzji o przedłużaniu stosowania unieruchomienia i izolacji, karanie przez długotrwałe utrzymywanie w pozycji stojącej, polewanie zimną wodą z prysznica, ograniczanie kontaktów z członkami rodziny. W przypadku dwóch pacjentów to decyzja o wyprowadzeniu w piżamie i boso na śnieg i mróz. Chodzi też o nadmierne stosowanie iniekcji, w tym iniekcji placebo. Poniżanie, w tym przyczepianie karteczek obraźliwych dla danej osoby.

Minęło 5 lat, potem kolejne 5 i nic

Po pięciu latach postępowania do sądu trafił akt oskarżenia. I przeleżał tam kolejne pięć lat… Sąd Rejonowy w Starogardzie Gdańskim do tej pory nie wydał wyroku. Rzecznik placówki, Tomasz Adamski rozbrajająco wyjaśnia, że jest z tym po prostu za dużo roboty:

Przeszkodą jest ilość świadków. Prokurator powołał w akcie oskarżenia 112 świadków. Sędzia przesłuchał już ponad stu z nich, do przesłuchania pozostało jeszcze około 10 osób. Są to świadkowie najbardziej problematyczni, jeżeli chodzi o możliwość wezwania na rozprawę, jedna z osób jest poszukiwana listem gończym, ale oczywiście nie w tej sprawie . Jeżeli sędzia wyczerpie możliwości wezwania świadka na rozprawę, to odczyta te zeznania na rozprawie.

Smutne jest też to, że ordynatorka szpitala do tej pory nie poniosła żadnych konsekwencji. Nadal pracuje w służbie zdrowia i ma kontakt z pacjentami.

11-latka urodziła dziecko
Pixabay