×

„Jest pani dumna, że udusiła własne dziecko?”. To słowa lekarza do kobiety, która poroniła

Jakiś czas temu pisaliśmy o tym, co kobiety przechodzą w czasie porodów – niestety nie zawsze są to miłe wspomnienia, o których chciałyby opowiadać potomkom i nie tylko. Zdarza się, że to niewyobrażalny ból, a do tego dochodzi traktowanie personelu, które tak często odbiega od normy. Podobnie to się ma w przypadku kobiet, które poroniły. Choć ciężko w to uwierzyć, zdarza się, że są zmuszane do leżenia we własnej krwi. Dochodzi również do tak skandalicznych sytuacji, w których zadawane są im pytania o to, czy są dumne, że udusiły własne dziecko?

Przykra historia pacjentki, która poroniła

Historia 30-letniej Beaty jest najlepszym dowodem na to, że sposób traktowania w polskich szpitalach pozostawia wiele do życzenia. Zarzucono jej, że zabalowała w Sylwestra, podczas gdy choroba, która doskwiera jej od dziecka, o mały włos nie odebrała jej życia. Całą historię opisała w sieci.

Contraction in the labour ward

Zaszłam w ciążę późną jesienią 2009 roku i niemal od razu zachorowałam na zapalenie płuc. Od dziecka choruję na astmę, więc dusiłam się jeszcze bardziej. Chodziłam od lekarza do lekarza i w kółko słyszałam, że mam pić herbatę z lipy i leżeć. Ze względu na ciążę bali się przepisać antybiotyk albo jakikolwiek mocniejszy lek, który poradziłby sobie z chorobą. Nikt nie chciał wziąć na siebie odpowiedzialności za moje leczenie.

Leżałam więc przez 2 miesiące, czując, jakbym umierała. Walczyłam o każdy oddech. Aż w końcu, 1 stycznia, poroniłam. Rano wylądowałam na izbie przyjęć w jednym z krakowskich szpitali i pierwszy komentarz, jaki usłyszałam, to, że ładnie zabalowałam w Sylwestra. Poczułam się strasznie, jakby mnie oskarżano o uśmiercenie dziecka, a ja narażałam własne zdrowie dla niego. Później lekarz powiedział, że organizm mam tak słaby, że płód nie mógł się rozwijać.

Zrobiono badania potwierdzające, że płód obumarł i kazano czekać z nadzieją, że sama zacznę ronić i nie będzie potrzebny zabieg łyżeczkowania. Położono mnie na sali z kobietami w ciąży, które gładziły się po brzuchach i rozmawiały o dzieciach. A ja marzyłam tylko o tym, żeby stamtąd zniknąć, odciąć się od nich. Czułam całkowitą pustkę. Myślę, że nie byłam wtedy gotowa nawet na smutek. To był koszmar.

Następnego dnia stwierdzono, że łyżeczkowanie jest konieczne. Potwornie się go bałam. Powiedziałam o tym pielęgniarkom i zostałam skrzyczana, że robię sceny i mam współpracować, zamiast stwarzać problemy, bo one nie robią mi przecież na złość. 

Podano mi znieczulenie, które nie działało. Zadawano mi kolejne pytania, żeby sprawdzić, czy jest ze mną kontakt, a ja wciąż odpowiadałam. Wtrąciłam, że bardzo się boję, ale nie doczekałam się żadnego ludzkiego odruchu, żadnych słów otuchy. Anestezjolog zwiększył dawkę i zaczęłam odpływać. Usłyszałam tylko krzyk lekarzy, że tętno drastycznie spada i pomyślałam, że to koniec i żegnaj okrutny, nieczuły świecie.

Nikt mi nie zaproponował rozmowy z psychologiem. Nie dostałam żadnych leków przeciwbólowych, kiedy wypisywano mnie ze szpitala. Następnego dnia mąż wracał po recepty na oddział. 

W styczniu zadzwoniłam do pulmonologa. Kiedy byłam w gabinecie, lekarka przyznała się, że włączyła naszą rozmowę na głośnomówiący i słuchając mojego kaszlu, robiła zakłady z kolegami, czy dożyję wizyty, czy nie. Podobno byłam na skraju śmierci. A na koniec wizyty zapytała: Jest pani dumna z siebie, że udusiła własne dziecko?

Poczułam, jakby to był koszmarny sen. Próbowałam zrobić wszystko, najlepiej jak umiałam, słuchałam lekarzy, a ostatecznie obwiniono mnie o śmierć dziecka. Do dziś nie zapomniałam tych słów i obawiam się, że nigdy ich nie zapomnę. 

Karygodne zachowanie personelu medycznego

Temat poronienia w naszym społeczeństwie wydaje się być ciągle w sferze, do której sięgają tylko doświadczone przez to kobiety. Chociaż i one mają już dość i zaczynają mówić głośno o złym traktowaniu w szpitalu, o braku wsparcia i pomocy, która powinna mieć miejsce, gdy człowiek traci coś najcenniejszego. Żadna kobieta, która przychodzi po pomoc, nie powinna być przez personel medyczny upokarzana, obrażana, raniona. Takich sytuacji jest już na szczęście zdecydowanie mniej niż kiedyś. Dzieje się tak jednak nie bez powodu.

Zmiany na lepsze

Sposób traktowania kobiet, które straciły dziecko w wyniku poronienia, uległ znacznej poprawie na przestrzeni ostatnich 20 lat. W tym celu powstał akt prawny, który reguluje opiekę nad kobietą. Okazuje się jednak, że będzie on obowiązywał tylko do końca bieżącego roku. Dzięki Fundacji 'Rodzić po ludzku' jest jednak szansa na jego przedłużenie. Wszystko leży jednak w rękach Minister Zdrowia. Pytanie tylko, czy zdecyduje się podpisać odpowiednie dokumenty?

Mam nadzieję, że kobiety nie będą powtórnie traumatyzowanie, jak to się zdarzało dotychczas. Dochodziły do mnie głosy wielu kobiet, które w czasie pobytu w szpitalu słyszały słowa, które bardzo je raniły. Nieumiejętność pracy z pacjentką, która przeżywa traumę, była bardzo widoczna – stwierdza prezeska Fundacji, Joanna Pietrusiewicz

Nadzieja dzięki fundacji 'Rodzić po ludzku'

Przeświadczenie o tym, że pielęgniarki i lekarze są kimś ważnym i mogą mówić kobietom wszystko, niezależnie od tego, czy jest to przepełnione agresją i brakiem szacunku, jest jak najbardziej nie na miejscu. Nie może tak być, że za zamkniętymi drzwiami pacjentce można powiedzieć to, co ślina na język przyniesie. Nie może, a jednak historii ciężarnych kobiet, które zostały emocjonalnie dotknięte przez personel jest całe mnóstwo, o czym już niejednokrotnie pisaliśmy.

Nie pozostaje nam nic innego, jak mieć nadzieję, że standardy opieki okołoporodowej będą w końcu na tyle satysfakcjonujące, że nieodpowiednie traktowanie ze strony personelu już nigdy nie będzie miało miejsca. 

Może Cię zainteresować

zamknij