×

Ratownicy uznali, że 62-latek nie żyje. „Odchyliłam worek, tata oddychał”

Chcieli pochować żywego człowieka, już nawet zapakowali go w czarny worek. Wtedy córka zorientowała się, że tata oddycha.

Reklama

Zawał serca

62-letni Stanisław Chrobak, mieszkaniec Ochotnicy Górnej w województwie małopolskim, utrzymywał się z rolnictwa i prac dorywczych. Kiedy pomagał na budowie, poczuł silny ból w klatce piersiowej. Jak wspomina sąsiad, który zawiózł go do lekarza:

Mówił, że to chyba zawał, bo ból stawał się coraz ostrzejszy. Pojechaliśmy do przychodni, był przytomny, trzymał się ręką za klatkę piersiową i nic się nie odzywał. Pod przychodnią powiedział, że robi mu się ciemno przed oczami, głowa mu opadła, stracił przytomność. Wyszła do nas pielęgniarka, zobaczyła, co się dzieje i powiedziała, żebyśmy jechali na pogotowie. Nie wezwała karetki, powiedziała, że poinformuje ich, że do nich jedziemy.

Sąsiad zawiózł pana Stanislawa do oddalonej o osiem kilometrów stacji pogotowia ratunkowego. Niestety, zapowiedź pielęgniarki na niewiele się zdała, albo też zapomniała dotrzymać obietnicy. Jak wspomina sąsiad:

Reklama

Dojechaliśmy na miejsce. Myślałem, że skoro zostali powiadomieni, będą na nas czekać. Nie było jednak nikogo. Pobiegłem do środka z informacją, że jest ze mną nieprzytomny człowiek z bólem w klatce piersiowej. Wtedy ratownicy wybiegli. Wyciągnęliśmy Staszka z samochodu. Rozpoczęła się reanimacja. Po 20 minutach, jeden z ratowników powiedział, że nie jest dobrze. Po kolejnych dziesięciu minutach, poproszono mnie, żebym zadzwonił do domu Staszka z pytaniem, czy bierze jakieś leki, czy był chory. Zadzwoniłem, ratownik rozmawiał z żoną i dalej go reanimowali. Po około godzinie odstąpili od czynności, stwierdzili, że nie dadzą rady mu pomóc.

Kiedy ratownicy uznali akcję reanimacyjną za zakończoną i bezskuteczną, na miejsce przybyła  rodzina pacjenta. Jak wspomina córka 62-latka, zastali przerażający widok:

Gdy dojechaliśmy na miejsce, tata leżał na ziemi, był przykryty czarnym workiem. Zdążyłam jeszcze podbiec do niego, zsunąć mu z twarzy ten worek. Widziałam, jak bierze głęboki oddech i patrzy. Na kolanach prosiłam ratowników, by ratowali tatę, bo widziałam, że on żyje. Ratownicy powiedzieli, że już nie żyje, że nastąpił zgon. Patrząc na ziemię, widzę przykrytego workiem ojca, który umiera. Nigdy nie zapomnę tego widoku.

Chcieli pochować żywego człowieka

Ratownicy zabrali zawinięte w czarny worek ciało i odjechali, pozostawiając rodzinę w stanie niepewności. Kolejny szok bliscy pana Stanisława przeżyli, gdy chcąc dopełnić formalności pogrzebowych, dowiedzieli się, że ciało zniknęło. Jak wspomina córki:

Dzwoniliśmy do prosektorium szpitala w Nowym Targu, ale nikt nie odbierał. Znajomi powiedzieli nam, żebyśmy pojechali do zakładu pogrzebowego, bo tam na pewno pomogą nam ustalić, gdzie jest ciało taty. Tam powiedziano nam, żeby wybrać trumnę i kwiaty, a oni się wszystkiego dowiedzą. Wróciliśmy do domu. Około godz. 23 dostaliśmy telefon ze szpitala, że Stanisław Chrobak leży na oddziale.

Jak dodaje druga córka, lekarze przyznali, że rokowania są kiepskie:

Reklama

Lekarze ocenili stan ojca jako tragiczny. Były momenty, że się stabilizował. Lekarze próbowali wybudzić go ze śpiączki farmakologicznej, ale kończyło się to brakiem reakcji organizmu. Organizm taty nie reagował na bodźce zewnętrzne.

Mimo szybko przeprowadzonej operacji i wysiłków personelu medycznego, pan Stanislaw nie odzyskał przytomności i miesiąc po zawale serca zmarł. Zdaniem rodziny, gdyby w porę otrzymał właściwą opiekę, mógłby przeżyć. Reprezentujący Niepubliczny Zakład Opieki Zdrowotnej w Ochotnicy Górnej, mec. Michał Kuźmicz, personel medyczny nie popełnił błędu, odsyłając pacjenta do stacji ratownictwa samochodem sąsiada, a nie karetką:

Pielęgniarka zadzwoniła do centrum ratownictwa medycznego, uznając jednocześnie, że mniej czasu zajmie transport tam prywatnym samochodem niż czekanie na karetkę.

Dziennikarze programu Uwaga skontaktowali się z dyrektorem Podhalańskiego Szpitala Specjalistycznego w Nowym Targu, który nadzoruje pogotowie ratunkowe w Ochotnicy Dolnej, ale nie chciał z nimi rozmawiać. Rodzina zmarłego nie kryje rozżalenia. Ich zdaniem został przedwcześnie spisany na straty. Jak komentuje żona pana Stanisława:

Reklama

Ludzie umierają, ale nie tak jak mój mąż, pod czarnym workiem. Mógł żyć, bo miesiąc walczył w szpitalu. Jemu zgasło słońce, a nam pękło serce.

Źródła: uwaga.tvn.pl
Fotografie: twitter.com

Może Cię zainteresować